Szamanie w drodze – Porto i Lizbona

Patrząc na niepozorne państewko zajmujące niecałe 100 tys km2 trudno uwierzyć, że kilka wieków temu, Imperium Portugalskie rozciągało się od Barbadosu i Brazylii przez Afrykę, archipelag Indonezji i południowe wybrzeże Półwyspu Indyjskiego aż do japońskiego Nagasaki. Portugalczycy stworzyli pierwsze globalne imperium stając się potęgą ekonomiczną, polityczną i militarną. Czasy potęgi minęły a z zamorskich posiadłości ostały się Madera i Azory. Jak wygląda Portugalia w XXI wieku?  Opowiadają Szamanie w Drodze!

Porto

Pod koniec listopada 2016 roku, Szamanie w drodze dotarli drogą powietrzną do Porto. Mając dość jesiennego wiatru i temperatur w okolicach zera, postanowiliśmy poszukać słońca, wina, kawy i zabawy na Półwyspie Iberyjskim. Nasz wybór był słuszny. Już po wyjściu z samolotu poczuliśmy ciepłe, prawie wiosenne powietrze! Dotarliśmy do historycznego centrum Porto jadąc metrem.

Idąc wieczorową porą, mijaliśmy place pełne ludzi wylewających się z knajpek oferujących piwo, wino i napoje. Postanawiamy spróbować porto wzmacnianego, wytrawnego wina sporządzanego z winogron dojrzewających w dolinie rzeki Douro. Oczywiście Portugalia ma do zaoferowania dużo więcej dobrych win o czym skutecznie przekonywaliśmy się podczas naszej krótkiej wycieczki.

Wynajęte mieszkanie znajdowało się kilka minut od Torre dos Clérigos – zabytkowej wieży, z której podziwiać można panoramę Porto. Postanowiłem wybrać się na poranną przechadzkę po brukowanych ulicach tego pięknego miasta. Jak najlepiej zacząć dzień? Oczywiście medytacją lub jogą! Ale kawa też daje radę – szczególnie, że jest ogólnodostępna, mocna, czarna i niedroga (0,60– 2 euro). Zamawiam bica – czyli shot mocą i objętością przypominający espresso. Do tego pastel de nata, klasyczny deser na bazie żółtek jaj, śmietany i cukru z cynamonową posypką. Kupuję trochę oliwek, pieczywo, świeże owoce i warzywa oraz butelkę wina. Ceny w sklepach są nieco wyższe niż w Polsce.

Idziemy zwiedzać! Najpierw podziwiać mozaikę z płytek azulejos na dworcu São Bento. Na dekorację dworca zużyto około 200 tysięcy płytek azulejos. Budynek spodoba się również fanom dwudziestowiecznej architektury francuskiej. Kilkuminutowy spacer pod górę dzieli nas od do Porto, monumentalnej katedry, której budowa rozpoczęła się w 1110 roku i trwała aż do 1737 roku przez co łączy w sobie style architektury romańskiej, gotyckiej i barokowej. Udając się dalej na południe docieramy do rzeki Douro, gdzie możemy spacerować nabrzeżem pełnym sklepików, kawiarni i restauracji lub przejść na drugą stronę miasta gdzie znajduje się najliczniej zamieszkała dzielnica Porto – Vila Nova de Gaia. Najbardziej atrakcyjny jest jednak sam most Ponte Luís I, nazwany tak na cześć króla Ludwika I. Dwukondygnacyjna konstrukcja ze stali zaprojektowana przez Teófila Seyriga z grupy Gustave Eiffel była w czasie swego powstawania (1881-1886) najdłuższym mostem na świecie.

Z mniej oczywistych atrakcji możemy polecić Casa da Horta. Działające na zasadzie organizacji kulturalnej miejsce, zajmuje się promowaniem ekologicznego stylu życia i krytycznego myślenia o własnym wpływie na środowisko. Casa da Horta skupia się na działalności lokalnej, organizuje warsztaty, koncerty i dyskusje ale również serwuje (i sprzedaje) kawę „fair trade”. Często można tam zjeść specjały kuchni wegetariańskiej i wegańskiej. Właśnie tam dostajemy cynk gdzie posłuchać fado i napić się vinho verde w lokalnej knajpce. W Porto odwiedziliśmy też piękną księgarnię Livrario Lello. J.K Rowling spędziła tam wiele godzin podczas pracy nad serią książek o Harrym Potterze. Nie dziwi więc, że magiczna szkoła czarodziejów z Hogwartu jest silnie inspirowana wnętrzem księgarni – jeśli będziecie w środku zwróćcie uwagę na piękne schody!

Wieczorem postanowiliśmy ruszyć historyczną linią tramwaju nr 1 w stronę zachodzącego słońca. Minęliśmy most Ponte da Arrábida, za którym rzeka Douro wpada do Oceanu Atlantyckiego. Wysiedliśmy z drewnianego wagonu by zajrzeć do kultowego miejsca: Adega da Piedade. Mała knajpka we wtorkowe wieczory zapełnia się ludźmi. Powodów jest kilka: młode wino – vinho verde, przysmaki ze świeżo wyłowionych ryb i owoców morza np. pataniscas de bacalhau czyli „ciastko” z dorsza, ale przede wszystkim muzyka fado na żywo. Nasyceni całością doświadczenia powoli wróciliśmy do centrum.

W dość obskurnym barze kupiliśmy zimne piwko i siedząc na murku chłonęliśmy atmosferę tego spokojnego miasta. Znajoma z Casa da Horta zaprowadziła nas do wegańskiej burgerowni i sklepu z płytami winylowymi jednocześnie. Miejsce o tajemniczej nazwie Black Mamba zachwyciło nas klimatem i serwowanym jedzeniem. Soczyste burgery, gęsty sos i chrupiące łódeczki z ziemniaka, do tego zimne piwko. Nic więcej nie trzeba dodawać. Ostatniego dnia pojechaliśmy nad Ocean Atlantycki. Ładowaliśmy baterie ciepłą (no powiedzmy, umiarkowanie ciepłą) wodą i piaskiem wiedząc, że na północy Europy ciężko liczyć na takie atrakcje pod koniec listopada. Powoli żegnaliśmy Porto wierząc, że jeszcze wrócimy tu choćby na kilka dni. Czas na tętniącą życiem stolicę Portugalii.

Lizbona

W Porto długo piliśmy kawkę, powoli spacerowaliśmy po spokojnych, kamiennych ulicach. Lizbona już od pierwszego wieczoru pokazała nam swoją kosmopolityczną twarz. Z podziemi metra wyszliśmy na stacji Baixa-Chiado. Dużo ludzi o różnych odcieniach skóry, małe knajpki, duże kluby, tłum turystów, markowe sklepy. Szybko uciekliśmy w stronę Bairro Alto – dzielnicy na wzgórzu. Dźwięki nieco ucichły, światła przygasły, w powietrzu można było wyczuć słodko-kwaśny zapach haszyszu.

Rozpakowaliśmy się w wynajętym mieszkanku, przypominającym nieco norkę hobbita – małym, ciemnym i przytulnym. Poznawszy nieco zwyczaje mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego wiedzieliśmy, że mimo późnej pory uda nam się złapać coś do szamania. Z rekomendacją naszego hosta wybraliśmy się na Time Out Market – hali pełnej stoisk gastronomicznych serwujących dania z całego świata. Skusiliśmy się na kuchnię tajską. Było smacznie chociaż dość kosztownie.

Zauważyliśmy, że w sąsiedztwie działa urocza kawiarenka. Tam też udawaliśmy się na kawę i śniadanie. Tost i czarna, mocna kawa – do tego słoneczko i uśmiechnięci obywatele Lizbony niespiesznie ucinający pogawędkę ze sprzedawczynią. Tego dnia ruszyliśmy do zachodniej części miasta gdzie znajduje się LX Factory i Village Underground. Pierwsze miejsce skupia artystów i rzemieślników sprzedających swoją sztukę w małych sklepach i galeriach. Nie brakuje też jedzenia i dobrej kawy. Tuż obok LX Factory powstało ciekawe miejsce: Village Underground Lisboa. Jest to przestrzeń w której można rozwijać różne inicjatywy związane z kulturą i kreatywnością. Na niezwykłość tego miejsca składa się między innymi architektura: piętrowy autobus (double decker) umieszczony na konstrukcji z kontenerów. W autobusie znajduje się restauracja, a w kontenerach sala konferencyjna i biura – m.in. siedziba wydawnictwa muzycznego Enchufada (znacie Buraka Som Sistema albo Dengue Dengue Dengue?). Wszędzie dookoła na ścianach można podziwiać street art w postaci graffiti i murali.

Ruszyliśmy dalej na zachód, pod Torre de Belém – średniowieczną wieżę znajdującą się na malutkiej wysepce. Z wieży roztaczają się piękne widoki. W najbliższej okolicy wznosi się monument Padrão dos Descobrimentos, upamiętniający złoty okres odkryć portugalskiej floty morskiej w XV i XVI wieku. To właśnie stamtąd wypłynęły statki których celem miało być dotarcie do Indii.

W marinie zastał nas deszcz, dzięki czemu mogliśmy spokojnie przyglądać się morzu i delektować kawą w pobliskiej kawiarni. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy zobaczyć Mosteiro dos Jerónimos – kompleks klasztorny z pierwszej połowy XVI w. będący doskonałym przykładem stylu manuelińskiego, specyficznego dla Portugalii połączenia gotyku i renesansu. Co istotne, to właśnie w tym klasztorze mnisi oprócz wielbienia Stwórcy wielbili też słodycze dając początek istnieniu sławnego pastel de nata. Dzisiaj ciastka te spróbować można w pobliskiej kawiarnio – ciastkarni Pastéis de Belém.

My natomiast kawę postanowiliśmy wypić w Café A Brasileira, kawiarni z bogatą historią. Powstała w XIX wieku by sprowadzać i sprzedawać kawę z Brazylii, z czasem stała się miejscem spotkań lizbońskiej śmietanki kulturalnej i intelektualnej. W ogródku kawiarni znajduje się pomnik Fernanda Pessoi – słynnego portugalskiego poety. Nie zdziwcie się jeśli obsługa będzie nieco leniwa i mało uprzejma. Przeciętne doznania smakowe równoważy piękna architektura w stylu art nouveau i malarstwo portugalskich artystów zdobiące ściany kawiarni.

Kolejnym znaczącym miejscem w stolicy jest Praça do Comércio. My mieliśmy okazję poznać ten plac zarówno w dzień jak i w nocy. Za dnia służy on jako miejsce spacerów i drobnego handlu, można tam zjeść świeżo pieczone jadalne kasztany, natomiast nocą w okolicznych uliczkach zaczyna się prawdziwa impreza. Innym imprezowym centrum jest Music Box, miejsce przepełnione barami, pubami i klubami każdego rodzaju.

My natomiast na najlepszą imprezę trafiliśmy przypadkiem. Gdy spacerowaliśmy w poszukiwaniu magnesu na lodówkę, zaczepił nas młody człowiek. Z początku nie wiedzieliśmy o co mu chodzi, podejrzewając, że może być zwykłym łobuzem w typie naciągacza. On natomiast zaprosił nas na imprezę organizowaną przez lokalną fundację zajmującą się szerzeniem kultury brazylijskiej, przede wszystkim samby. Nie będąc pewnym czy nie pchamy się czasem w jakiś przypał, ruszyliśmy za jegomościem. Po krótkim spacerze dotarliśmy do zwykłej kamienicy. Otworzono nam drzwi. Impreza trwała na dobre. Starsza murzynka pobrała symboliczną opłatę za wejście i z uśmiechem zaprosiła nas do zabawy. Mieszkanie zamieniono w dom kultury. Było tam wiele pokoi a w największym z nich grupa artystów zebrała się w kole by grać, śpiewać i tańczyć sambę. Muzyka połączyła ludzi w różnym wieku i różnego pochodzenia. W pewnym momencie, w pomieszczeniu zrobiło się bardzo tłoczno – dźwięki, zapach dymu, jedzenia oraz ludzkich ciał przybrały na intensywności. Cały dom wibrował w rytmie samby. Patrząc na młodych lizbończyków czuliśmy, że to miasto żyje. Że muzyka przodków nie została zapomniana i potrafi dotrzeć nawet do nas – przypadkowych przybyszy z odległej krainy.

Szybko nadszedł czas pożegnania z Portugalią. Ostatnia bica w małej kawiarence, szybkie zakupy i spakowani ruszyliśmy na lotnisko. W ciągu tych kilku dni zobaczyliśmy tylko dwa miasta: spokojne, tradycyjne Porto i żywą, różnorodną Lizbonę. Jeśli chcecie zacząć swoją przygodę z poznaniem Portugalii, może to być ten pierwszy krok. Nawet jeśli Porto i Lizbona to turystyczny standard, cały czas możliwe jest odkrycie w nich miejsc nieoczekiwanych i ukrytych nieco głębiej w miejskiej tkance.

Autor: Szamanie w Drodze na Facebooku

-> Szamanie na Instagramie

-> YouTube Szamanów 

Z miłości do świata, podróży, jedzenia. Szamański tabor rusza po przygody.

24 lutego 2019

Tagi: , , , , , ,